pozmu.net::blog

Blog porzeraczamuzguw
Cze 29

Jak wcześniej przewidywałem, Brazylia nie miała łatwej przeprawy z USA w finale Pucharu Konfederacji 2009. Amerykanie po pierwszej połowie prowadzili dwa do zera i wydawało się, że podobnie jak w półfinale z Hiszpanią możemy być świadkami sporej niespodzianki. Jednak już kilka chwil po gwizdku oznajmiającym rozpoczęcie drugiej połowy meczu piłkarze z Ameryki, ale tej położonej bardziej na południu, pokazali, że nie z nimi takie sztuczki – Luis Fabiano strzelił gola – i to jakiego – pięknie przyjął piłkę i z półobrotu uderzył obok rozpaczliwie interweniującego Tima Howarda, który mimo dobrej dziś dyspozycji nie miał w tej sytuacji szans na obronę.

Kaka, Jay DeMerit

 61 minuta to wyrównanie stanu meczu… a nie, jednak sędzia nie uznał gola – nie zauważył, że piłka przekroczyła linię bramkową po strzale Kaki. Pech. Na szczęście to zdarzenie nie wypaczyło zbytnio końcowego rezultatu – nieco ponad 10 minut po nieuznanej bramce piłkę do siatki wbił po raz kolejny Luis Fabiano i tym razem nie było już wątpliwości co do tego, że wynik uległ zmianie na 2:2. Końcowy rezultat na 3:2 ustalił strzałem głową kapitan Kanarkowych Lucio. Brazylia zdobywcą tegorocznego Pucharu Konfederacji! We wcześniejszym, nie mniej emocjonującym, meczu o trzecie miejsce Hiszpania w takim samym stosunku pokonała gospodarzy turnieju RPA. W tym spotkaniu by poznać zwycięzce potrzebna była dogrywka. Pierwsza połowa meczu była nudna i niemrawa – wyrównana, ale w taki nieładny sposób, bowiem obie drużyny grały tak samo… słabo. Trzeba jednak uznać determinację zawodników RPA, którzy w spotkaniu ze znacznie wyżej notowanym rywalem prezentowali się wcale nie gorzej od faworytów (którzy zagrali bez Xaviego i Fabregasa – to kara dla tych zawodników za porażkę z USA, czy może nagroda w postaci wcześniejszego odpoczynku?). Druga połowa to zaskoczenie – w 73 minucie gola dla RPA strzelił Mphela. Hiszpanię uratował rezerwowy Daniel Guiza, który w krótkim odstępie czasu zdobył dwie bramki – jedną po ładnym strzale po ziemi w lewy róg bramki, drugi zaś bardzo szczęśliwie, po dośrodkowaniu które wpadło do siatki po długim słupku. Gdy wydawało się, że to koniec emocji w doliczonym czasie gry znów przypomniał o sobie Mphela – popisał się on wspaniałym strzałem z rzutu wolnego wykonywanego dobrych 30 metrów od bramki Casillasa i przedłużył nadzieje gospodarzy turnieju na zwycięstwo – gol na 2:2 zapewnił rozegranie dogrywki. Ta była dość wyrównana, jednak to RPA miało lepsze sytuacje w pierwszej jej połowie. Na początku drugiej padło rozstrzygnięcie – wynik na 3:2 ustalił Xabi Alonso, który dośrodkował z rzutu wolnego na tyle silnie i precyzyjne, że mimo tego iż nikomu nie udało się strącić głową futbolówki w kierunku bramki przeciwnika, to ta wpadła do niej tuż przy prawym słupku. Puchar Konfederacji 2009 okazał się imprezą bardzo udaną od sportowego punktu widzenia. Niemal wszystkie mecze były ciekawe, kilka mniej znanych i uważanych za niezbyt mocne drużyn pokazało się z dobrej strony (USA, RPA, Egipt), nie zabrakło też ciekawych i nieprzewidywanych rozstrzygnięć (1:0 Egipt – Włochy, 2:0 USA – Hiszpania, 4:3 Brazylia – Egipt, 1:0 Brazylia – RPA). Oby kolejna piłkarska impreza rozgrywana już za rok w RPA była równie ciekawa…

Cze 28

Już niedługo poznamy zdobywcę Pucharu Konfederacji AD 2009. O troefum w finale zagrają piłkarze Brazylii i, co jest pewną niespodzianką, USA.
SOCCER: JUN 18 Confederation Cup - Brazil v USA
Obie drużyny miały na tym turnieju swoje wzloty i upadki i trudno powiedzieć, jaki będzie wynik batalii o puchar. Normalnie murowanymi faworytami byliby Brazylijczycy, ale ostatnie mecze pokazują, że ich forma nie jest najwyższa. W półfinale ledwo wygrali z RPA po golu w ostatnich minutach strzelonym z rzutu wolnego przez dopiero co wpuszczonego obrońcę Daniego Alvesa… Dodać trzeba, że przez cały mecz z reprezentantami przyszłorocznego Mundialu grali słabo, nie stwarzali stuprocentowych sytuacji i pozwolili zawodikom z Afryki grać jak równy z równym. Mało tego, było nawet kilka minut w których RPA mocno przycisnęło i zmusiło Canarinhos do rozpaczliwej obrony. USA turniej zaczęło słabo, od dwóch wyraźnych porażek z Włochami i Brazylią (0:3, ale mieli dwie poprzeczki a mecz kończyli w 10-tkę). Jednak później pokazali klasę i rozbili ekipę Egiptu 3:0 i w sensacyjnym stylu awansowali do do półfinału w którym po zaciętym meczu wygrali z fawortami całej imprezy, Hiszpanami, 2:0. Fakt, oddali tylko dwa celne strzały na bramkę, ale bronili się bardzo zaciekle i mieli sporo szczęścia – nie jest powiedziane, że podobnie nie będzie w finale, muszą tylko uważać na czerwone kartki, bo w 4 meczach ich ekipa zobaczyła już trzy kartoniki tego koloru!!!. Z drugiej strony Brazylijczycy bardzo potrzebują sukcesu – jest nowy trener, nieco przemeblowana ekipa – na pewno będzie im bardzo zależeć na zwycięstwie i zagrają ambitnie oraz, miejmy nadzieję, efektownie. Mam dylemat komu kibicować, bo lubię obydwie ekipy – Brazylia, wiadomo, imponuje piłkarzami najwyższej klasy takimi jak Robinho, Kaka, Luiz Fabiano czy Dani Alves, zaś w USA gra jeden z moich ulubionych zawodników, Landon Donovan. W meczu o trzecie miejsce zagrają Hiszpania i RPA.

Cze 25

USA,  2008,  85 min, Reżyseria: Craig Mazin Scenariusz: Craig Mazin, Występują: Drake Bell, Sara Paxton, Leslie Nielsen, Christopher McDonald, Kevin Hart, Marion Ross

Parodia filmów o superbohaterach… któraż to już? Ja pamiętam np. Mystery Mana, który był taki sobie (nuudyy, ale momentami było jednak śmiesznie) a także Pająka (Earth vs. the Spider), który mimo niskiego budżetu był całkiem, całkiem, no ale to nie do końca była parodia. Superhero to komedia bardzo zwariowana – będą dowcipy o pierdzeniu, kopulujące zwierzęta oraz zboczeniec w obcisłym wdzianku. Twórcy za cel postawili sobie sparodiowanie Spidermana i na tym oparli główny wątek – bohater w ramach wycieczki szkolnej trafia do laboratorium, gdzie zostaje ugryziony przez zmutowaną ważkę i uzyskuje przez to super-moce (ale nie latanie), jednak wcześniej są te nieszczęsne napalone zwierzaczki ;-). Ogólnie film wywarł na mnie pozytywne wrażenie, był naprawdę śmieszny a humor mimo, że dość swobodny, to jednak pewnych granic nie przekraczał. Oprócz Spidermana parodiowani są też inni superbohaterowie (Superman, X-men, Batman, Fantastyczna Czwórka a także postacie takie jak  Scarface/ Człowiek z blizną czy Frodo z Władcy Pierścieni), jednak przez większość czasu mamy do czynienia z komiczną wersją przygód Człowieka Pająka, tudzież Ważki. Jeśli ktoś chce się pośmiać i nieobce są mu przygody superbohaterów, to ten film jest dobrym wyborem. Acha – wujka głównego bohatera gra Leslie Nielsen, który jak zwykle jest w niezłej formie. No i pamiętajcie, że za wielką mocą idą… super laski 🙂

Maj 20

(Safe Men), USA, 1998, 85 min, Reżyseria: John Hamburg, Występują: Sam Rockwell, Steve Zahn, Michael Lerner, Paul Giamatti, Michael Schmidt

Dwaj piosenkarze przez przypadek zostają wzięci przez mafię za specjalistów od sejfów, czyli tzw. kasiarzy. Chcąc nie chcąc muszą dokonać serii włamań i dostać się do zawartości paru sejfów… Przypomina Wam to coś? Schemat w którym pewne osoby przez pewne osoby są brane za pewne osoby to jeden z najpopularniejszych motywów filmowych – spotkać możemy go w thrillerach, kryminałach, dramatach no i właśnie komediach. Tytułowych sejfmenów poznajemy podczas ich estradowego występu w… amerykańskim klubie polskim. Niestety występ nie udaje się zbytnio i widownia jest nim mocno znudzona… tak samo niestety można poczuć się oglądając Sejfmenów, bo momentami ten film jest nieco nużący. Akcja toczy się dość powoli i w zasadzie jest tylko pretekstem do zabawnych dialogów i humoru sytuacyjnego… Nieraz dość niskich lotów, ale jednak nie schodzącego poniżej pewnego poziomu przyzwoitości. Po występie para bohaterów udaje się do baru by zrelaksować się przy partyjce bilarda i to jest początek ich prawdziwych problemów – przydupas mafii, niejaki Kotlet (dla przyjaciół Sasza) omyłkowo bierze ich za specjalistów od tykającej roboty, czyli tytułowych ludzi zajmujących się sejfami. Kotlet podstępem zmusza ich do pracy dla Grubego Berniego, który zleca im obrobienie kilku sejfów. Nieudolni muzycy pojęcie o rabowaniu kas pancernych mają takie jak i o muzyce, czyli żadne, więc zadanie to przysparza im dużo problemów i tylko dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczności udaje im się ujść z całej afery bez większych uszkodzeń. Żydowscy mafiozi, wybuchowe gatki i krasnoludy z wielkimi młotami to rzeczywistość z jaką przyjdzie się zmierzyć widzom tego obrazu… Rzeczywistość przedstawiona w dość zgrabny i sympatyczny sposób trzeba powiedzieć – film ogląda się przyjemnie i nawet mimo toczącej się na wolnych obrotach a momentami nawet wchodzącej na bieg jałowy akcji odczuwa się chęć obejrzenia go do końca… który swoją drogą nieco rozczarowuje, co nie ma jednak zbyt wielkiego wpływu na odbiór tej produkcji jako całości. Fajna gra aktorów, chilloutowy klimat – w taki sposób można podsumować Sejfmenów, film przeciętny a jednak wart obejrzenia.

Mar 20

The Edge  (1997), reżyseria: Lee Tamahori, scenariusz: David Mamet, w rolach głównych: Anthony Hopkins, Alec Baldwin

Określony w programie telewizyjnym jako thriller film jest w zasadzie filmem przygodowym połączonym z kryminałem czy może raczej dramatem. Rzecz dzieje się na Alasce, na którą przybywa ekipa fotograficzna wraz z mężem modelki, który przy okazji jest milionerem (i ma własny samolot). Obecność pana Charlesa Morse w śnieżnych krajobrazach nie jest wcale przypadkowa – podejrzewa on bowiem swą żonę o romans z fotografem, niejakim Bobem Greenem. Charles jest typem człowieka bardzo opanowanego i nieco skrytego, jednak jego najbardziej rzucającą się w oczy cechą, oprócz oczywiście wielkiego bogactwa, jest równie wielka, a może nawet większa, wiedza na wszelkie tematy, która, jak się okaże, będzie miała podczas tego wypadu na północ niebagatelne znaczenie. Nie lubię filmów przygodowych – większość z nich jest przewidywalna, postacie płytkie a fabuła naiwna, przez co strasznie się na nich nudzę. Zasiadając do Lekcji przetrwania miałem jednak większe obawy o to, czy nie będzie to film w stylu tanich sensacyjnych produkcji telewizyjnych o niewiernej żonie i zazdrosnym mężu. Tym, co przyciągnęło mnie przed telewizor była obsada – wszak panowie Hopkins jak i Baldwin (nieważne który ;)) to dobrzy aktorzy i do pewnego stopnia gwarancja jakości. Powiem krótko – nie zawiodłem się. Siłą tego filmu jest bardzo zręczne połączenie wątku przygodowego z sensacyjnym a także piękne krajobrazy… Ośnieżone szczyty, gęste lasy, dzika zwierzyna i dwóch wrogo sobie nastawionych bohaterów, niejako zmuszonych do współpracy. Nie lubię, gdy w opisie można poznać połowę fabuły filmu, więc i Wam tego oszczędzę, powiem tylko, że przygody jakie spotkają głównych bohaterów tej produkcji na pewno potrafią utrzymać widza w napięciu, zaś zakończenie jest dość satysfakcjonujące. Polecam.

Sty 31

Uwaga na GoogleTa witryna może wyrządzić szkody na Twoim komputerze.

Google - Ta witryna może wyrządzić szkody na Twoim komputerze.

Google - Ta witryna może wyrządzić szkody na Twoim komputerze.

Sty 7

… bo dysk może się obrazić. Brendan Gregg, pracownik firmy Sun, odkrył, że wykrzykiwanie na sprzęt może mieć niedobry wpływ na pracę dysków, co demonstruje poniższe video wideo:

P.S. Nie próbujcie tego w domu!

Sty 4

Kolejny post o spamie… Tym razem e-mailowy spam, jaki otrzymał mój Brat:
Golić czy nie golić, oto jest pytanie ;)

Don’t Shave That Hair!!!
I have recently made a mistake in my life, and I offer my story to you, that you may learn from my error. It all started, as many things do, with me having trouble shitting.

No, I was not constipated; this was not a regularity problem but a matter of technique. It seems my ass-hair had grown to such a length that tiny grogans were constantly getting tied up in the matted jungle between my asscheeks. It led to much frustration, with me KNOWING that I still had something to drop, but unable to shake the tenacious turd loose from its butthair dwelling. Eventually I would have to do two things: either reach down with some paper and try to pinch off the lingering loaf (which required careful precision to avoid smearing the creature all over my rear, especially since I had no way of seeing what I was doing) or just go for broke, start wiping, and hope that I could remove all the leftover fecal matter before the toilet paper reached its Can’t-Be-Flushed threshold.

I was contemplating this problem, when I had what seemed at the time to be a bright idea. „Hey! This is my butt and my butt-hair, right? So why don’t I just eliminate all the hair, and then my grogans will flow out like beer from a keg!” I said to myself. It is a statement that will go down in history with a lot of other regretted statements. „How many Indians could there be?” said by General Custer. „Looks like a good day for a drive!” by JFK. „There! America On-Line now has complete Usenet access!” by some idiot system tech. Such was my anal shaving idea.

I performed the operation that night, with a cheap disposable razor and a towel to sit on. Starting from the bottom, and shaving from the crack to the cheeks, I began the arduous process of ridding my ass of hair. Occassionally, I would have to clean the razor of accumulated hair and miscellaneous slime, which I did by wiping it on the towel. Slowly, my twin mounds and the between-ravine began to resemble the hairless cheeks of a newborn baby. Finally, I wiped the razor one last time, and surveyed my work. The towel was covered with a pile of hair. My ass was smooth as ivory. I smiled, satisfied, thinking my troubles were over.

Little did I know.

I now have a great respect for anal-hair. Like everything in this world God created, it has its mighty purpose in existence. It was only after I had removed it that I started to learn how much I had been taking it for granted. For one, it provides friction. I learned this the next day, when I walked out into the sun heading for class. After climbing two flights of stairs and starting to sweat, I started to notice something unpleasant. The sweat was accumulating in my crack, and was causing the unpleasant sensation of my two asscheeks sliding past each other with every step. I thought about going to the bathroom and wiping it off, but had to get to class. Eventually, I thought, it would dry.

Unfortunately, it did dry, but only after mingling with the microscopic shit- molecules lingering around my brown starfish. When I stood up after class, my cheeks were stuck together with a slimy sticky shit/sweat combination. As I made my way back to my dorm, it started to itch. God-DAMN, did it itch! Felt like a swarm of ants was making its way up and down my crack. Fighting to keep from jamming my hand down there and scratching away, I rushed back to the dorm.

Unfortunately again, this exertion caused me to sweat, and when I finally reached my room, my cheeks were sliding back and forth against each other like a pair of horny cane-toads. I quickly dropped my pants, and attempted to dry my ass off by sticking it in front of a fan and spreading my cheeks. As I pulled the two mounds of flesh apart, a horrible stench burst free and filled the room. Every dog within a 4 block radius started to howl. I had it worst of all, as the ripe aroma of festering shit/sweat went into the fan and blew back into my face. I fought to keep from heaving. And as I sat there, fighting vomit, my ass cheeks spread and dripping, with the concentrated aroma of my body odor mixed with the tangy smell of my own shit blowing right into my face, I had only one thought: „It will be like this until the hair grows back. Weeks.”

Later on, trying to deal as best I could, wiping my ass at every opportunity, I discovered another wonderful use for ass-hair – ventilation. I attempted to launch a fart, only to have it get stuck between my asscheeks. Apparently, with no hair, the two pink twins can get vacuum sealed together, and the result was a frustrating fart that slid up and down between my cheeks like a lost gerbil.

As if that wasn’t enough, I am now enduring further torture. As anyone who has ever shaved anything knows, when hair is first growing in, it comes in as stubble. Imagine your ass having the texture of a brillo pad. Well, that is what I am dealing with now. It is a hellish torture, and there are many times when I just look out the window and contemplate why I shouldn’t just jump out and get it all over with in one fleshy splat, rather than endure this constant agony.

Friends, DON’T SHAVE YOUR ASS-HAIR!

Wersja polskawa:

Nie gól tych włosów!
Mam ostatnio popełnił błąd w moim życiu, i zaoferować ci moją historię, że można dowiedzieć się z mojego błędu. Wszystko zaczęło się, jak wiele rzeczy zrobić, u mnie problemy z wypróżnianiem.

Nie, nie byłem zaparcie, to nie był problem, ale regularność kwestią techniki. Wydaje się, mój tyłek-włosy wzrosła do takiej długości, że mały kupki kawałki były stale coraz związany w kołtunowaty dżungli między pośladki. Doprowadziło to do rozczarowania, ze świadomością, że do mnie nadal coś do spadku, ale nie jest w stanie wstrząsnąć wytrwale łajno luźne od włosy tyłkowe mieszkania. W końcu będę musiał zrobić dwie rzeczy: albo zdejmować niektóre z papieru i spróbuj szczypta poza sobą bochenek (co wymaga starannej precyzyjne, aby uniknąć smarowanie stworzenie całej mojej tyłu, zwłaszcza od czasu, kiedy nie sposób zobaczyć co robię ) lub po prostu pójść na złamał rozpocząć wycieranie, i mam nadzieję, że będę mógł usunąć wszystkie resztki fecal sprawę do papieru toaletowego osiągnął Can’t-Be-spłukiwanych progu.

Byłem rozważających ten problem, gdy miałem to, co wydawało się w tym czasie się jasne pomysł. „Hej! To jest mój tyłek i mój tyłek-włosy, prawda? Więc dlaczego nie mogę po prostu wyeliminować wszystkie włosy, a następnie moje kawały kupa będą kierowane jak piwo z beczki! I rzekł do siebie. Jest to oświadczenie, że będzie się w historii z wielu innych żałować oświadczenia. „Jak wielu Hindusów może nie być?” powiedział przez Custer. „Wygląda na to dobry dzień na dysku!” przez JFK. „Nie! America On-Line ma teraz pełny dostęp do grup dyskusyjnych!” przez niektórych idiota systemu tech. Taki był mój analny golenia pomysł.

I wykonanie operacji nocy z tanią rozporządzalny brzytwa i ręcznik do zasiadania w. Począwszy od dołu, a do golenia z roztrzaskać na policzki, i rozpoczął żmudny proces pozbawienie mój tyłek włosów. Czasami chciałbym mieć do czyszczenia brzytwa zgromadzonych włosy i różne szlamem, co robiłem przez wycieranie go na ręcznik. Powoli, mój twin kopcach i między-wąwozu zaczął przypominać bezwłosych policzki z noworodków. Wreszcie, ja brzytwa otarła się po raz ostatni, a moja praca badanych. W ręcznik został pokryty pala włosów. Mój tyłek był gładki jak kość słoniowa. I uśmiechnięty, zadowolony, myśli moje problemy były ponad.

Little nie wiem.

Mam teraz wielki szacunek dla anal-włosy. Podobnie jak w tym świecie wszystko, co Bóg stworzył, to jego potężny w celu istnienia. Dopiero po usunięciu Miałam to, że zacząłem się uczyć, jak bardzo było to biorąc za pewnik. Po pierwsze, przewiduje tarcia. Nauczyłem się tego na następny dzień, kiedy chodził obecnie pod słońcem pozycji dla klasy. Wspinaczka po dwa loty schodów i zaczyna potu, zacząłem dostrzegać coś nieprzyjemnego. Pocie było narastanie w moim roztrzaskać i powoduje nieprzyjemne uczucie z moich dwóch ostatnich asscheeks wysuwaną wzajemnie z każdym kroku. Myślałem o przejściu do łazienki i wycieranie go, ale aby dostać się do klasy. Ostatecznie, myślałem, że suche.

Niestety, to nie jest suchy, ale tylko po mingling z mikroskopijnych cząsteczek gówno-zastarzały wokół mojej brązowy rozgwiazda. Kiedy stał się po klasie, moje policzki były zablokowane wraz z śluzowaty sticky shit / mieszanina potu. Jak w mojej drodze powrotnej do mojej sypialni, to zaczął swędzenia. Bóg-DAMN, czy to grzybica! Filc jak Rój mrówek był sposób podejmowania i moje roztrzaskać. Walka na bieżąco z mojej strony zagłuszania tam i zarysowania daleko, I Ruszyli z powrotem do akademika.

Niestety znowu, tym wysiłku spowodowane mnie pot, a kiedy w końcu osiągnął mój pokój, moje policzki były poślizg iz powrotem ze sobą jak para horny trzciny ropuchy. I szybko spadły moje spodnie, i próbował suchego my ass off by trzymać go z przodu wentylatora i szerzenie moje policzki. Jak odciąga dwóch kopców mięsa wyjątkiem, a straszny smród pęknięcie wolnej i wypełnia pokój. Każdy pies w bloku 4 promieniu zaczął wyć. Miałem to najgorszy ze wszystkich, jako dojrzały aromat festering shit / potu poszedł do wentylatora i Blew powrót na mojej twarzy. I natarł na bieżąco z falujący. A jak tam sobota, walka wymiotów, my ass cheeks rozprzestrzeniania i kapiącą z koncentratu zapachu mojego ciała zapach mieszanego z tangy zapach moje gówno dmuchanie w prawo w mojej twarzy, miałem tylko jedną myśl: „To będzie jak tego do włosów rośnie powrotem. tygodni „.

Później, starając się zająć jak najlepiej mogę, wycieranie mój tyłek przy każdej okazji, odkryłem inny wspaniały używać dla osła-hair – wentylacja. I próbował uruchomić fart, tylko do jego utknąć między asscheeks. Najwidoczniej, bez włosów, dwa różowe bliźnięta mogą dostać próżni zaplombowane, a wynik był frustrating fart że slid górę iw dół między policzki jak utracone gerbil.

Jakby tego było mało, jestem teraz trwałą dalszych tortur. Każdy, kto kiedykolwiek ogolił coś wie, kiedy włosy rosnące w pierwszym, jak to jest w słomkę. Wyobraź sobie dupę posiadający teksturę o brillo opuszki. Cóż, to co mam do czynienia z obecnie. Jest potępieńczy tortur i wiele razy po prostu patrzeć przez okno i kontemplować dlaczego nie tylko wyskoczyć i dostać wszystko w jednym z ponad mięsistych ikona, zamiast znieść tego ciągłego agonii.

Przyjaciele, nie golcie wasze tyłek włosy!

Gru 23

Bardzo dobrze zrealizowany filmik poruszający problem nigeryjskiego spamu/ scamu od trochę innej strony.

Aż można się zacząć zastanawiać, czy to video nie przedstawia prawdziwej historii…

Gru 21

Od jakiegoś czasu mamy w domu Xboxa 360. Jako, że jestem biedny to nie mam zbyt wielu gier na niego (konkretnie trzy, z czego gram tylko w dwie – o tym zaraz post trochę przeleżał nieopublikowany, w tym czasie udało się zdobyć parę dodatkowych gier 🙂), więc postanowiłem wyciągnąć od kogoś kasę na używki z oryginalnego X-a. Zacząłem od Halo: Combat Evolved – w tę grę od dawna chciałem zagrać, ale nie miałem warunków. Nigdy nie miałem Xbox-a, a na PS2 gra ostatecznie się nie ukazała (choć początkowo to miała być właśnie konsolowa platforma docelowa tej produkcji). Minimalne wymagania wersji na PC w momencie premiery przekraczała możliwości mojego kompa, a gdy już nabyłem szybszego PieCa to znów nie udało mi się nigdzie w okolicy w sklepie znaleźć Halo na PC, potem znów nie miałem pieniędzy ani możliwości zakupu i ostatecznie sobie tę pozycję odpuściłem (nawet pomimo faktu, że pecetowe demko bardzo mi przypadło do gustu). Po zakupie X360 od razu pomyślałem o Halo, bo w zestawie dostałem trzecią część tej gry, a jak się okazuje, rozpoczynanie zabawy od ostatniej części kosmicznej trylogii nieco mija się z celem. Załatwiliśmy więc Halo 1 i odpaliliśmy na X360. Grafika jest wciąż w miarę niezła i wygląda zupełnie w porządku na HDTV – oczywiście nie ma co jej porównywać z grami najnowszej generacji czy nawet edycją PC, ale gra się przyjemnie i bez odczucia, że to zramolały staroć. Sama zabawa rzecz jasna nie straciła nic na grywalności i pod tym względem Halo wciąż może konkurować z najnowszymi bestsellerami. Strzelania jest bardzo dużo, kolejne fale wrogów nadciągają bezustannie, ale nie jest to taka bezsensowna wyrzynka jak nie przymierzając Serious Sam. Tu nieraz opłaca się podejść do sprawy bardziej taktycznie i zamiast przeć na przód niczym Rambo podejść bokiem, wykraść pojazd i dopiero wtedy urządzić rzeźnię. No właśnie, pojazdy to coś, z czego w swoich czasach Halo zasłynęło. Przychodzi nam siąść za sterami kilku maszyn przeznaczonych do zabijania – legendarnego już buggiego Warthoga, czołgu Scorpion, statku powietrznego Banshee oraz szybkiego pojazdu lewitującego tuż nad powierzchnią – Ghosta. To co łączy wszystkie te pojazdy to unikalny system sterowania – zamiast zwykłego skręcania w prawo/ lewo sterujemy nimi wskazując kursorem kierunek, w którym mają jechać. W przypadku Warthoga ułatwia to jazdę efektownymi poślizgami, ale nie ma nic za darmo – precyzyjniejsza jazda z dużą prędkością sprawia spore problemy. Fabuła i klimat również dają radę, choć patrząc z boku gra wydawać się może nieco plastikowa, zaś opowiadana historia przypominać kino akcji klasy B… Ok, może i tak, ale to klasa B w najlepszym wydaniu – coś jak Star Wars, tylko nieco bardziej realistyczne. Trybu multi nie sprawdzałem, bo przez Internet grać się nie da (chyba, że przez Xlink Kai), a żadnych znajomych z X-em nie mam (ja prawie w ogóle nie mam żadnych znajomych tak przy okazji mówiąc). Ogólne wrażenie jest bardzo dobre. Narzekać można co najwyżej na niewielki wybór broni, ale to w moim odczuciu raczej wada niż zaleta… no bo cóż z 15 – 20 różnorodnych pukawek, skoro do większej części z nich zawsze brak amunicji? Lepiej mieć do wyboru kilka giwer, z których można korzystać regularnie. Większym problemem jest monotonia… no tak, jest taki poziom, czy raczej cały ciąg poziomów, które są niesamowicie denne, bowiem wyglądają tak: idziemy przez tunel, załatwiamy XXX wrogów, idziemy, załatwiamy wrogów… Arghhh – ciężko przez to przebrnąć, ale warto, bo całościowo gra jest super i ten nieszczęsny poziom nie może tego zmienić. Polecam!

« Poprzednie wpisy Następne wpisy »